Witaj. Na tym blogu pojawiają się moje opowiadania autorskie oraz poezja. Jeśli któraś z zamieszczanych tutaj treści w jakikolwiek sposób Ci nie odpowiada, nie pozostawiaj po sobie proszę obraźliwych komentarzy. Informuję również, że wszelkie kopiowanie treści z bloga bez mojej zgody zostanie potraktowane jako plagiat.

niedziela, 4 stycznia 2015

Upiory Nocy

 Jest już zbyt ciemno, by wyraźnie widzieć  barwy chaotycznych pociągnięć pędzla. Pomarańczowo-czerwone promienie słońca,  prześwitujące przez półprzezroczyste firanki, oblepiają  płótno zakrwawionymi  mackami, nadając mu całkowicie obcy, brutalny wyraz.

 Dziś już nie ma sensu kończyć. Nieukształtowana myśl, zatrzymana w pół kroku, bez szansy na jakiekolwiek spełnienie. Ulotny zamysł, bez przyszłości. Do kubła.

 W sferze przytulnego półmroku daje się słyszeć westchnienie, które zastyga na moment w ciężkim, pachnącym starym drewnem powietrzu, wiruje wśród unoszących się drobin kurzu, aby następnie opaść w zapomnieniu.

Kiedyś się uda. Jeszcze nie dziś. Może nie jutro. Ale schwyta to coś i uwięzi. Na zawsze, na obrazie.

 Szczęk narzędzi, szelesty i trzaski  odkładanych na miejsce akryli i sztalug, znajome dźwięki obwieszczające koniec pracy. Szybciej, szybciej, byle zdążyć przed nocą. Tradycyjny rytuał, dziecięca igraszka, aby sprawdzić, czy jest się w stanie prześcignąć wszechogarniający mrok.

 Tup, tup, tup. Na górę, szybciej, szybciej. Uciec przed ciemnością. Do bezpiecznej sfery, do pościeli pachnącej proszkiem do prania. Uciec przed koszmarem. Uciec, uciec. Ostatni oddech w biegu.

 Skrzypią drzwi, światło konającego poranka padające na porysowane panele poddasza. Byle do, byle do łóżka. Krwawa łuna tuli do snu, zbywając bezużyteczne mantry owiec przeskakujących przez płot.

Bezsenna noc.

Bezcenne błogosławieństwo.

piątek, 26 grudnia 2014

Tabula Rasa

   Ten dzień zapamiętałam jako ciemny. Złocistą tarczę słońca zasłoniła wtedy kurtyna ciężkich, szarawych obłoków, popychanych gwałtownymi podmuchami zachodniego wiatru. Rozpędzone masy powietrza wrzynały się we wspienioną taflę wody, drapując ją niby jedwabną, lazurową tkaninę. Wygięte w poddańczym pokłonie karki morskich bałwanów rozbijały się o szarą powierzchnię piasku. Pamiętam pisk, jaki wydałam z siebie, gdy podeszłam zbyt blisko, doszczętnie przemaczając ubraną mi przez mamę sukienkę. Były szczerze uśmiechy, bieg, szaleńcze wirowanie, włosy wpychane do ust niewidzialnymi palcami bryzy, której zapach wbijał się w nozdrza maleńkimi, solnymi kryształkami. Lecz zamiast mnie było dziecko. Dziecko, którego już nie pamiętam, widziało  wodę, wiatr i mamę, ze śmiejącymi się oczami i rozwianymi włosami, zaznaczającą stopami mokre ślady na piasku. Był biało-niebieski dom na klifie, jabłonka, ogrodniczki rozwieszone na sieci rybackiej, na ganku.

„-To ten domek, mamusiu?                            

-Tak, kochanie. Nasz maleńki, nowy domek. Śliczny, prawda?

- Tak! Ale mamo… czy trzy osoby zmieszczą się w takim domku? Tatuś…

- Wejdźmy już, kochanie.”
    v   

   Zbliżał się wieczór. Zrodzone z dogorywającego słońca cienie zdawały się pełznąć po rozgrzanej powierzchni piasku. Gwiazdy, widoczne spomiędzy zabarwionych na pomarańczowo chmur, mrugały do nas z wysoka, ciche i niewzruszone. Rozświetlone sfery morza i nieba zjednoczyły się pod wpływem wszechogarniającej, krwistoczerwonej łuny, po której tańczyły psychodeliczne plamy. Widziałam ich barwne refleksy odbijające się w oczach siedzącego nieopodal staruszka. Błądzące po powierzchni wody miraże zdawały się łączyć ze smagającymi powietrze językami ogniska, rozpalonego na ogrzanym za dnia piasku. Widok na morze przysłaniały mi raz po raz fałdy czerwonej sukienki, wirującej wraz z właścicielką w takt jakiejś skocznej melodii. Ludzie klaskali, śmiejąc się i chwiejąc, podrygując do rytmu narzuconego przez rozstrojone z lekka skrzypce. Mama lawirowała wśród nich, rozrzucała kamienie i piach, zaznaczając na wilgotnej powierzchni zwiewne bohomazy. Widziałam pot na jej skórze, miodowe kosmyki przylepiające się do czoła, roziskrzone spojrzenie zielonych oczu. Dziwną miała minę, myślałam wtedy. Nie rozumiałam zmarszczki między brwiami, drżenia zaciśniętych w wąską linię warg, opętańczych ruchów rozrzuconych w wirze ramion. Cienie ogniska tańczyły razem z nią.

„- Tato, tato! W kominku się już prawie nie pali! Tato, ogień dogasa!
- Nie budź taty, skarbie.
- Ale mamo, ogień!
- Nie budź taty, powiedziałam. To nic, jeśli zgaśnie.
- Ale mamo, tata…
- Nie budź go! Proszę!”        
                                                                                     v     
   Padał śnieg.  Wybrzeże pokryła warstwa białego puchu, skrzypiącego cicho pod ciężarem stóp. Odbijające się w nim światło oślepiało, tańczące przed oczami mroczki przysłaniały pole widzenia. Zerwał się zimny wicher, niosący ze sobą przenikliwe zimno. Zarumienione z lekka policzki kłuły niewidzialne ostrza mrozu. Na ciało wystąpiła gęsia skórka, pobudzana dodatkowo chłodem błyskawicznie topniejących na skórze maleńkich śnieżynek. Niebieski szalik powiewał pod wpływem silniejszych podmuchów, cały zesztywniały od oblepiającej go warstwy szronu. Pamiętam że raz zapadłam się głęboko, wylądowałam z głową w zaspie. Z tyłu dobiegł mnie perlisty śmiech mamy. Chichotałyśmy razem, obrzucając się wzajemnie śnieżkami. Szczególnie głośnie salwy śmiechu następowały, gdy któraś z nas trafiła w głowę lub w kark. W pewnym momencie zahaczyłam o coś nogą, chyba o korzeń. Potknęłam się i upadłam na skały. Na obtartym do krwi kolanie wykwitła nieregularna plama siniaka.

„- Mamusiu, dlaczego wyjeżdżamy?

- Ponieważ tatuś... musi pobyć przez chwilę sam. To nam obojgu dobrze zrobi.

- Hej, hej, mamoooo? A co to jest to sine na twojej twarzy?

- To było… pożegnanie.

- Czy to boli?

- Już nie tak bardzo, kochanie. Już nie.”
    v     

Ciepła, wiosenna noc. Jak na tę porę roku powietrze wydawało się dziwnie stężałe i nieruchome, nawet od strony morza nie sposób było wyczuć  znajomych podmuchów bryzy. Rozbijające się o brzeg fale wydawały się niewielkie, szczególnie w porównaniu do olbrzymów, które można było zaobserwować parę dni wcześniej. Dziś ledwie muskały wrzynające się w morze skały, wydając przy tym cichy szum, nieustannie zagłuszany natarczywym jazgotem cykad.  Był to dzień wyjątkowo zwyczajny, spokojny  i nieznośnie nudny. Nie mając nic lepszego do roboty, próbowałam łapać spacerujące po plaży kraby. Było jednak zbyt ciemno, abym mogła cokolwiek dostrzec, ciągle natrafiałam palcami na grząską powierzchnię piasku. Z mojej sylwetki ukształtował się nagle cień, zbudzony do życia dziwną, czerwonawą łuną, której źródło znajdywało się gdzieś za mną. Ledwo odwróciłam głowę, oślepiło mnie światło bijące z czegoś znajdującego się wysoko na klifie. Po raz pierwszy w swoim życiu poczułam oślizgły, skręcający wnętrzności strach. Biało-niebieski dom płonął. Płonęła jabłonka. Płonęły ogrodniczki rozwieszone na sieci rybackiej, na ganku.

„- Nasz maleńki, nowy domek. Śliczny, prawda?”

Przegląd

   Patrzysz się na mnie z takim pobłażaniem. Znam już tę sztuczkę, myślisz że się złamię, targnięty gniewem na samego siebie, na żałość odbijającą się w twoich oczach. Potem próbujesz inaczej. Uśmiechasz się na próbę, marszczysz brwi, krzywisz się paskudnie. Obserwuję jak testujesz kolejne grymasy.  Są takie obce, te wszystkie twarze. Przyglądam się twoim zmarszczkom w kącikach oczu, pieprzykom pod uchem, bladej bliźnie na czole - tyle szczegółów, które niby już znam. Wydają mi się nagle takie szpetne. Nie, nie patrz tak na mnie, wiem że jesteś wściekły. Wiesz, nie znoszę twoich oczu, zatopionego w nich wyrzutu. Tyle zmarnowanych szans – mówią - tyle drobnych porażek jak gęste błoto, jak nawarstwiające się paprochy brudu, zbyt ciężkie, aby je udźwignąć. Zaciskam pięści, doprowadziłeś mnie do ostateczności. Omiatasz spojrzeniem moje ciało, zmęczone letargiem, ciężkie i zastałe. Wiem, co myślisz…
Ile to jeszcze potrwa, zanim coś się zmieni? Coś... Cokolwiek. Ile razy już to przerabialiśmy? Znasz mnie, wiesz że jestem słaby. Zbyt słaby, aby cokolwiek zmienić. Zbyt mały i żałosny, aby wygładzić twoją twarz, spoglądającą na mnie uważnie. Z matowej powierzchni lustra.

Pszczoła

   Przystaję na ulicy, w przypadkowym w zasadzie odruchu, nagle nigdzie się nie spiesząc. Po prostu patrzę i widzę. Obok mnie przebiega pan w garniturze, krawat powiewa za nim na wietrze, lśniące nowością buty obwieszczają jego obecność jednostajnym skrzypieniem sztywnej jeszcze skóry. Tuż za nim kroczy umalowana dama, zdradzając niespokojnym stukotem wysokich szpilek nadzieję zdążenia na ten sam niechybnie tramwaj. W pędzie potrąca drobniutką staruszkę, wspartą na mocno sfatygowanej lasce, zapewne tak starej, jak ona sama. Jej widok zasłania mi młody chłopak, mknący wzdłuż plantowej alejki na upstrzonej neonowymi barwami deskorolce. Mija ubabranego różową mordoklejką dzieciaka, przyglądającego się w niemym zachwycie hasającemu po trawniku jamnikowi, całkowicie ignorując ciągnącą stanowczo w swoją stronę rękę matki. Naprzeciwko dostrzegam uginający się pod karminowymi gronami dziki krzak bzu, zdający się bzyczeć od oblatującej go chmary pasiastych insektów. Stojący obok niego opasły turysta odgania owady gwałtownymi ruchami pulchnych dłoni, starając się skupić na jednolitej paplaninie stojącego nieopodal przewodnika. Jedna maleńka pszczoła, rozpaczliwie manewrująca pomiędzy rozczapierzonymi paluchami, wbija swoje żądełko w gąbczaste przedramię grubasa. Obserwuję ciągnącą się za nią, cieniutką niteczkę wnętrzności, powoli wyłaniającą się z pozbawionego żądła odwłoka. Z wolna obracam głowę, śledząc spojrzeniem jej chaotyczny lot, widząc jak stopniowo traci impet, jak lekko opada na batonową powierzchnię chodnika. Ze smutkiem patrzę, jak zostaje zadeptana przez dziesiątki spieszących gdzieś kroków. Stoję tak dłuższą chwilę, nie dostrzegam już miejsca, w którym legła mała pszczółka. Wspominam jej krótki lot, jej piękne żółto-czarne paski na odwłoku, przypadkowe spirale jakie zataczała w dół, gdy spadała. Nagle odwracam się, idę w swoją stronę. Nie zatrzymuję się już by popatrzeć, brnę przed siebie, ze wzrokiem utkwionym w przestrzeń. Wewnątrz jedynie pustka.
„Innego końca nie będzie.”

środa, 17 grudnia 2014

***

Mijamy się niemal codziennie.

Ty, ja, ludzie.

W jednych oczach widzę pustkę, w innych mgłę

Jeszcze inne, zabójcze, niczym niewidzialne ostrze.

Skrywają wiele rzeczy.

Żal, rozpacz, ból, zakochanie.

Tak wiele tajemnic, zawieszonych w eterze.

Gdzieś pomiędzy.

Ale ja wiem,

Że za nimi wszystkimi, głęboko na dnie

Skrzy się przyczajone

Światło Księżyca.


Słów kilka o ludzkiej duszy


„Lubię zaglądać ludziom w okna” – powiedziała z uśmiechem moja matka.

Szkoda, że niektórzy nie mają okien.

Tylko szara lita ściana  - okruch lodu w źrenicy.


Głosy

Słyszę:

Puls  podekscytowanych bębnów,

Ciche żachnięcie – chyba gitary basowej,

Jęk  zrozpaczonych skrzypiec.

Przyspieszają:

Skrzypce,

Gitara,

I bębny,

I wiolonczela kwili – smutno i żałośnie,

Jakby do kochanka – kontrabasu.

Patrzcie, jak się klei do tej harfy, jak bezczelnie szepta –

Biedna wiolonczela – kwili.

Nadbiega też pianino, na wstępie zziajane

Mija bębny,

I gitary,

I nawet skrzypce rozrzewnione.

Biegnie na ratunek, bo cymbałki nieśmiałe

Nie odważą się same

Obudzić Twojej duszy.