Witaj. Na tym blogu pojawiają się moje opowiadania autorskie oraz poezja. Jeśli któraś z zamieszczanych tutaj treści w jakikolwiek sposób Ci nie odpowiada, nie pozostawiaj po sobie proszę obraźliwych komentarzy. Informuję również, że wszelkie kopiowanie treści z bloga bez mojej zgody zostanie potraktowane jako plagiat.

piątek, 26 grudnia 2014

Tabula Rasa

   Ten dzień zapamiętałam jako ciemny. Złocistą tarczę słońca zasłoniła wtedy kurtyna ciężkich, szarawych obłoków, popychanych gwałtownymi podmuchami zachodniego wiatru. Rozpędzone masy powietrza wrzynały się we wspienioną taflę wody, drapując ją niby jedwabną, lazurową tkaninę. Wygięte w poddańczym pokłonie karki morskich bałwanów rozbijały się o szarą powierzchnię piasku. Pamiętam pisk, jaki wydałam z siebie, gdy podeszłam zbyt blisko, doszczętnie przemaczając ubraną mi przez mamę sukienkę. Były szczerze uśmiechy, bieg, szaleńcze wirowanie, włosy wpychane do ust niewidzialnymi palcami bryzy, której zapach wbijał się w nozdrza maleńkimi, solnymi kryształkami. Lecz zamiast mnie było dziecko. Dziecko, którego już nie pamiętam, widziało  wodę, wiatr i mamę, ze śmiejącymi się oczami i rozwianymi włosami, zaznaczającą stopami mokre ślady na piasku. Był biało-niebieski dom na klifie, jabłonka, ogrodniczki rozwieszone na sieci rybackiej, na ganku.

„-To ten domek, mamusiu?                            

-Tak, kochanie. Nasz maleńki, nowy domek. Śliczny, prawda?

- Tak! Ale mamo… czy trzy osoby zmieszczą się w takim domku? Tatuś…

- Wejdźmy już, kochanie.”
    v   

   Zbliżał się wieczór. Zrodzone z dogorywającego słońca cienie zdawały się pełznąć po rozgrzanej powierzchni piasku. Gwiazdy, widoczne spomiędzy zabarwionych na pomarańczowo chmur, mrugały do nas z wysoka, ciche i niewzruszone. Rozświetlone sfery morza i nieba zjednoczyły się pod wpływem wszechogarniającej, krwistoczerwonej łuny, po której tańczyły psychodeliczne plamy. Widziałam ich barwne refleksy odbijające się w oczach siedzącego nieopodal staruszka. Błądzące po powierzchni wody miraże zdawały się łączyć ze smagającymi powietrze językami ogniska, rozpalonego na ogrzanym za dnia piasku. Widok na morze przysłaniały mi raz po raz fałdy czerwonej sukienki, wirującej wraz z właścicielką w takt jakiejś skocznej melodii. Ludzie klaskali, śmiejąc się i chwiejąc, podrygując do rytmu narzuconego przez rozstrojone z lekka skrzypce. Mama lawirowała wśród nich, rozrzucała kamienie i piach, zaznaczając na wilgotnej powierzchni zwiewne bohomazy. Widziałam pot na jej skórze, miodowe kosmyki przylepiające się do czoła, roziskrzone spojrzenie zielonych oczu. Dziwną miała minę, myślałam wtedy. Nie rozumiałam zmarszczki między brwiami, drżenia zaciśniętych w wąską linię warg, opętańczych ruchów rozrzuconych w wirze ramion. Cienie ogniska tańczyły razem z nią.

„- Tato, tato! W kominku się już prawie nie pali! Tato, ogień dogasa!
- Nie budź taty, skarbie.
- Ale mamo, ogień!
- Nie budź taty, powiedziałam. To nic, jeśli zgaśnie.
- Ale mamo, tata…
- Nie budź go! Proszę!”        
                                                                                     v     
   Padał śnieg.  Wybrzeże pokryła warstwa białego puchu, skrzypiącego cicho pod ciężarem stóp. Odbijające się w nim światło oślepiało, tańczące przed oczami mroczki przysłaniały pole widzenia. Zerwał się zimny wicher, niosący ze sobą przenikliwe zimno. Zarumienione z lekka policzki kłuły niewidzialne ostrza mrozu. Na ciało wystąpiła gęsia skórka, pobudzana dodatkowo chłodem błyskawicznie topniejących na skórze maleńkich śnieżynek. Niebieski szalik powiewał pod wpływem silniejszych podmuchów, cały zesztywniały od oblepiającej go warstwy szronu. Pamiętam że raz zapadłam się głęboko, wylądowałam z głową w zaspie. Z tyłu dobiegł mnie perlisty śmiech mamy. Chichotałyśmy razem, obrzucając się wzajemnie śnieżkami. Szczególnie głośnie salwy śmiechu następowały, gdy któraś z nas trafiła w głowę lub w kark. W pewnym momencie zahaczyłam o coś nogą, chyba o korzeń. Potknęłam się i upadłam na skały. Na obtartym do krwi kolanie wykwitła nieregularna plama siniaka.

„- Mamusiu, dlaczego wyjeżdżamy?

- Ponieważ tatuś... musi pobyć przez chwilę sam. To nam obojgu dobrze zrobi.

- Hej, hej, mamoooo? A co to jest to sine na twojej twarzy?

- To było… pożegnanie.

- Czy to boli?

- Już nie tak bardzo, kochanie. Już nie.”
    v     

Ciepła, wiosenna noc. Jak na tę porę roku powietrze wydawało się dziwnie stężałe i nieruchome, nawet od strony morza nie sposób było wyczuć  znajomych podmuchów bryzy. Rozbijające się o brzeg fale wydawały się niewielkie, szczególnie w porównaniu do olbrzymów, które można było zaobserwować parę dni wcześniej. Dziś ledwie muskały wrzynające się w morze skały, wydając przy tym cichy szum, nieustannie zagłuszany natarczywym jazgotem cykad.  Był to dzień wyjątkowo zwyczajny, spokojny  i nieznośnie nudny. Nie mając nic lepszego do roboty, próbowałam łapać spacerujące po plaży kraby. Było jednak zbyt ciemno, abym mogła cokolwiek dostrzec, ciągle natrafiałam palcami na grząską powierzchnię piasku. Z mojej sylwetki ukształtował się nagle cień, zbudzony do życia dziwną, czerwonawą łuną, której źródło znajdywało się gdzieś za mną. Ledwo odwróciłam głowę, oślepiło mnie światło bijące z czegoś znajdującego się wysoko na klifie. Po raz pierwszy w swoim życiu poczułam oślizgły, skręcający wnętrzności strach. Biało-niebieski dom płonął. Płonęła jabłonka. Płonęły ogrodniczki rozwieszone na sieci rybackiej, na ganku.

„- Nasz maleńki, nowy domek. Śliczny, prawda?”

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz