Jest już zbyt ciemno, by wyraźnie
widzieć barwy chaotycznych pociągnięć
pędzla. Pomarańczowo-czerwone promienie słońca, prześwitujące przez półprzezroczyste firanki, oblepiają płótno zakrwawionymi mackami, nadając mu całkowicie obcy, brutalny
wyraz.
W sferze przytulnego półmroku daje się słyszeć westchnienie, które zastyga na moment w ciężkim, pachnącym starym drewnem powietrzu, wiruje wśród unoszących się drobin kurzu, aby następnie opaść w zapomnieniu.
Kiedyś się uda. Jeszcze nie dziś. Może nie jutro. Ale schwyta to coś i uwięzi. Na zawsze, na obrazie.
Szczęk narzędzi, szelesty i trzaski odkładanych na miejsce akryli i sztalug, znajome dźwięki obwieszczające koniec pracy. Szybciej, szybciej, byle zdążyć przed nocą. Tradycyjny rytuał, dziecięca igraszka, aby sprawdzić, czy jest się w stanie prześcignąć wszechogarniający mrok.
Tup, tup, tup. Na górę, szybciej, szybciej. Uciec przed ciemnością. Do bezpiecznej sfery, do pościeli pachnącej proszkiem do prania. Uciec przed koszmarem. Uciec, uciec. Ostatni oddech w biegu.
Skrzypią drzwi, światło konającego poranka padające na porysowane panele poddasza. Byle do, byle do łóżka. Krwawa łuna tuli do snu, zbywając bezużyteczne mantry owiec przeskakujących przez płot.
Bezsenna noc.
Bezcenne błogosławieństwo.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz