Ten dzień zapamiętałam jako
ciemny. Złocistą tarczę słońca zasłoniła wtedy kurtyna ciężkich, szarawych
obłoków, popychanych gwałtownymi podmuchami zachodniego wiatru. Rozpędzone masy
powietrza wrzynały się we wspienioną taflę wody, drapując ją niby jedwabną,
lazurową tkaninę. Wygięte w poddańczym pokłonie karki morskich bałwanów rozbijały
się o szarą powierzchnię piasku. Pamiętam pisk, jaki wydałam z siebie, gdy
podeszłam zbyt blisko, doszczętnie przemaczając ubraną mi przez mamę sukienkę.
Były szczerze uśmiechy, bieg, szaleńcze wirowanie, włosy wpychane do ust
niewidzialnymi palcami bryzy, której zapach wbijał się w nozdrza maleńkimi,
solnymi kryształkami. Lecz zamiast mnie było dziecko. Dziecko, którego już nie
pamiętam, widziało wodę, wiatr i mamę,
ze śmiejącymi się oczami i rozwianymi włosami, zaznaczającą stopami mokre ślady
na piasku. Był biało-niebieski dom na klifie, jabłonka, ogrodniczki rozwieszone
na sieci rybackiej, na ganku.
„-To ten domek, mamusiu?
-Tak, kochanie. Nasz maleńki, nowy domek. Śliczny, prawda?
- Tak! Ale mamo… czy trzy osoby zmieszczą się w takim domku? Tatuś…
- Wejdźmy już, kochanie.”
v
Zbliżał się
wieczór. Zrodzone z dogorywającego słońca cienie zdawały się pełznąć po
rozgrzanej powierzchni piasku. Gwiazdy, widoczne spomiędzy zabarwionych na
pomarańczowo chmur, mrugały do nas z wysoka, ciche i niewzruszone. Rozświetlone
sfery morza i nieba zjednoczyły się pod wpływem wszechogarniającej,
krwistoczerwonej łuny, po której tańczyły psychodeliczne plamy. Widziałam ich barwne
refleksy odbijające się w oczach siedzącego nieopodal staruszka. Błądzące po
powierzchni wody miraże zdawały się łączyć ze smagającymi powietrze językami
ogniska, rozpalonego na ogrzanym za dnia piasku. Widok na morze przysłaniały mi
raz po raz fałdy czerwonej sukienki, wirującej wraz z właścicielką w takt
jakiejś skocznej melodii. Ludzie klaskali, śmiejąc się i chwiejąc, podrygując
do rytmu narzuconego przez rozstrojone z lekka skrzypce. Mama lawirowała wśród
nich, rozrzucała kamienie i piach, zaznaczając na wilgotnej powierzchni zwiewne
bohomazy. Widziałam pot na jej skórze, miodowe kosmyki przylepiające się do
czoła, roziskrzone spojrzenie zielonych oczu. Dziwną miała minę, myślałam
wtedy. Nie rozumiałam zmarszczki między brwiami, drżenia zaciśniętych w wąską
linię warg, opętańczych ruchów rozrzuconych w wirze ramion. Cienie ogniska
tańczyły razem z nią.
„-
Tato, tato! W kominku się już prawie nie pali! Tato, ogień dogasa!
-
Nie budź taty, skarbie.
-
Ale mamo, ogień!
-
Nie budź taty, powiedziałam. To nic, jeśli zgaśnie.
-
Ale mamo, tata…
-
Nie budź go! Proszę!”
v
Padał śnieg. Wybrzeże pokryła
warstwa białego puchu, skrzypiącego cicho pod ciężarem stóp. Odbijające się w
nim światło oślepiało, tańczące przed oczami mroczki przysłaniały pole
widzenia. Zerwał się zimny wicher, niosący ze sobą przenikliwe zimno.
Zarumienione z lekka policzki kłuły niewidzialne ostrza mrozu. Na ciało
wystąpiła gęsia skórka, pobudzana dodatkowo chłodem błyskawicznie topniejących
na skórze maleńkich śnieżynek. Niebieski szalik powiewał pod wpływem
silniejszych podmuchów, cały zesztywniały od oblepiającej go warstwy szronu. Pamiętam
że raz zapadłam się głęboko, wylądowałam z głową w zaspie. Z tyłu dobiegł mnie
perlisty śmiech mamy. Chichotałyśmy razem, obrzucając się wzajemnie śnieżkami.
Szczególnie głośnie salwy śmiechu następowały, gdy któraś z nas trafiła w głowę
lub w kark. W pewnym momencie zahaczyłam o coś nogą, chyba o korzeń. Potknęłam
się i upadłam na skały. Na obtartym do krwi kolanie wykwitła nieregularna plama
siniaka.
„- Mamusiu, dlaczego wyjeżdżamy?
- Ponieważ tatuś... musi pobyć przez chwilę sam. To nam obojgu dobrze zrobi.
- Hej, hej, mamoooo? A co to jest to sine na twojej twarzy?
- To było… pożegnanie.
- Czy to boli?
- Już nie tak bardzo, kochanie. Już nie.”
v
Ciepła, wiosenna noc. Jak na tę porę roku powietrze wydawało się dziwnie stężałe i nieruchome, nawet od strony morza nie sposób było wyczuć znajomych podmuchów bryzy. Rozbijające się o brzeg fale wydawały się niewielkie, szczególnie w porównaniu do olbrzymów, które można było zaobserwować parę dni wcześniej. Dziś ledwie muskały wrzynające się w morze skały, wydając przy tym cichy szum, nieustannie zagłuszany natarczywym jazgotem cykad. Był to dzień wyjątkowo zwyczajny, spokojny i nieznośnie nudny. Nie mając nic lepszego do roboty, próbowałam łapać spacerujące po plaży kraby. Było jednak zbyt ciemno, abym mogła cokolwiek dostrzec, ciągle natrafiałam palcami na grząską powierzchnię piasku. Z mojej sylwetki ukształtował się nagle cień, zbudzony do życia dziwną, czerwonawą łuną, której źródło znajdywało się gdzieś za mną. Ledwo odwróciłam głowę, oślepiło mnie światło bijące z czegoś znajdującego się wysoko na klifie. Po raz pierwszy w swoim życiu poczułam oślizgły, skręcający wnętrzności strach. Biało-niebieski dom płonął. Płonęła jabłonka. Płonęły ogrodniczki rozwieszone na sieci rybackiej, na ganku.
„- Nasz maleńki, nowy domek. Śliczny, prawda?”